Weto prezydenta wobec ustawy wdrażającej unijne rozporządzenie Digital Services Act (DSA) uruchomiło w Polsce gwałtowną debatę. Jedni mówią o obronie dzieci i bezpieczeństwa w sieci, inni ostrzegają przed administracyjną cenzurą. W tym kontekście coraz częściej pojawia się pytanie: czy DSA – przy złym wdrożeniu – może stać się koniem trojańskim dawnej ACTA?
To porównanie bywa wyśmiewane jako „straszenie przeszłością”. Tymczasem problem nie dotyczy nazw ani haseł, lecz konkretnych mechanizmów prawnych, które decydują o tym, kto ma realną władzę nad treściami w internecie.
Czym była ACTA i dlaczego Polacy powiedzieli „nie”
ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) w 2012 roku wywołała w Polsce masowe protesty społeczne. Nie dlatego, że regulowała prawa autorskie, lecz dlatego, że:
- przenosiła kontrolę nad treściami poza niezależne sądy,
- zwiększała odpowiedzialność pośredników internetowych,
- tworzyła mechanizm prewencyjnego ograniczania treści,
- groziła cenzurą bez realnej kontroli sądowej.
ACTA upadła, bo społeczeństwo dostrzegło zagrożenie dla wolności słowa i prywatności. Był to moment, w którym obywatele jasno wyznaczyli granicę ingerencji państwa w sferę informacji.
Czym jest DSA i czego dotyczy
Digital Services Act to unijne rozporządzenie regulujące funkcjonowanie platform internetowych. Jego deklarowanymi celami są m.in.:
- walka z nielegalnymi treściami,
- zwiększenie bezpieczeństwa użytkowników,
- ochrona dzieci w środowisku cyfrowym,
- większa przejrzystość działań platform.
W teorii DSA nie wprowadza cenzury i nie zakazuje swobody wypowiedzi. Problem zaczyna się jednak na etapie krajowego wdrożenia, gdzie państwa członkowskie otrzymują znaczną swobodę w tworzeniu instytucji, procedur i sankcji.
Punkt zapalny: krajowe wdrożenie DSA
To właśnie na tym etapie – jak wskazywał prezydent – pojawiają się rozwiązania budzące poważne wątpliwości konstytucyjne. Chodzi przede wszystkim o:
- przeniesienie decyzyjności z sądów na urzędników podległych władzy wykonawczej,
- ograniczoną i spóźnioną ścieżkę odwoławczą dla obywatela,
- możliwość finansowania tzw. „zaufanych sygnalistów” z publicznych pieniędzy,
- realną kontrolę treści przez administrację, a nie niezależny wymiar sprawiedliwości.
W takim modelu obywatel najpierw ponosi konsekwencje decyzji urzędnika, a dopiero później może próbować się odwoływać. To odwrócenie podstawowej zasady państwa prawa.
Mechanizm, nie nazwa – gdzie pojawia się podobieństwo do ACTA
DSA nie jest ACTA w sensie formalnym. Różni się konstrukcją prawną, językiem i deklarowanymi celami. Jednak mechanizm działania w niektórych wdrożeniach może prowadzić do podobnych skutków:
- ograniczania treści bez uprzedniego orzeczenia sądu,
- presji na platformy, by „dmuchały na zimne” i usuwały treści na zapas,
- efektu mrożącego debatę publiczną,
- stopniowego zawężania dopuszczalnych opinii.
To właśnie dlatego pojawia się metafora konia trojańskiego: rozwiązania wprowadzane pod hasłami ochrony i bezpieczeństwa mogą w praktyce przemycać narzędzia kontroli informacji.
Dlaczego prezydent mówił o Orwella, a nie o ACTA
W swoim wystąpieniu prezydent nie używał odniesień do ACTA, lecz do „Ministerstwa Prawdy” z powieści George’a Orwella Rok 1984. To zabieg nieprzypadkowy.
ACTA kojarzy się głównie z kontrolą techniczną internetu. Orwell odnosi się do kontroli narracji, języka i myślenia. Prezydent wskazywał, że największym zagrożeniem nie jest brutalny zakaz wypowiedzi, lecz narzucenie jednej dopuszczalnej wersji rzeczywistości pod pozorem dobra wspólnego.
Jeśli o tym, co wolno powiedzieć w internecie, decyduje administracja rządowa, a nie sąd – wolność słowa staje się iluzją.
ACTA zatrzymana na ulicach. Czy DSA przejdzie w ciszy?
ACTA została zablokowana dzięki masowym protestom społecznym. Dziś sytuacja wygląda inaczej:
- debata jest rozproszona,
- język regulacji jest bardziej „miękki” i marketingowy,
- mechanizmy są bardziej złożone i mniej czytelne dla obywateli.
To sprawia, że ryzyko przejścia niebezpiecznych rozwiązań bez społecznej reakcji jest realne. Właśnie dlatego prezydenckie weto ma znaczenie systemowe – jest sygnałem ostrzegawczym, a nie negacją potrzeby regulacji.
Regulować internet, ale w granicach konstytucji
Nikt rozsądny nie kwestionuje potrzeby ochrony dzieci czy walki z przestępczością w sieci. Pytanie brzmi jednak jakimi narzędziami. Państwo prawa opiera się na kilku nieprzekraczalnych zasadach:
- wolność słowa jest prawem obywatela, a nie przywilejem,
- jej ograniczenie musi być wyjątkiem, a nie regułą,
- decyzje w tej sferze powinny należeć do niezależnych sądów, nie do administracji,
- ochrona słabszych nie może być parawanem dla rozszerzania władzy.
W tym sensie ostrzeżenie przed DSA jako potencjalnym „koniem trojańskim ACTA” nie jest straszeniem, lecz apelowaniem o rozwagę.
Wnioski
DSA samo w sobie nie musi prowadzić do cenzury. Jednak sposób jego wdrożenia może zdecydować o tym, czy stanie się narzędziem ochrony obywateli, czy mechanizmem ograniczania wolności słowa.
Historia ACTA pokazuje, że zagrożenia dla wolności nie zawsze przychodzą wprost. Czasem wchodzą do systemu pod pozorem dobra. Rolą obywateli i instytucji państwa jest pilnowanie, by koń trojański pozostał tylko metaforą – a nie realnym mechanizmem władzy.
